Gdy w 2007 roku Anna Malik mówiła sąsiadom, że zamiast oddawać mleko do mleczarni będzie robić z niego własne sery, większość pukała się w czoło. Dziś jej serowarnia zagrodowa pod Nałęczowem to jeden z najbardziej rozpoznawalnych adresów kulinarnych w województwie, a po sery dojrzewające z piwnicy Malików przyjeżdżają klienci z Lublina i Warszawy.
Wszystko zaczęło się od krów. W 1998 roku rodzina kupiła stado simentali — rasy, która daje mniej mleka niż popularne holsztyny, ale za to mleko tłuste, bogate w białko, idealne na sery. „Wszyscy liczyli litry, my liczyliśmy smak" — wspomina Anna, oprowadzając nas po oborze, w której krowy mają wyjście na pastwisko przez cały sezon.
Piwnica, która zmieniła wszystko
Przełomem okazała się adaptacja starej, chłodnej piwnicy na dojrzewalnię w 2014 roku. To tam, na drewnianych półkach, sery Malików nabierają charakteru przez długie miesiące. Anna odwraca każdy krąg ręcznie, dwa razy w tygodniu. „Nie da się tego zautomatyzować. Ser trzeba poczuć w dłoni — wtedy wiadomo, czy dojrzewa, jak trzeba".
Ser zaczyna się na łące. Jeśli krowa je dobrą trawę, reszta jest już tylko kwestią cierpliwości.
W 2019 roku serowarnia zdobyła certyfikat ekologiczny i wyróżnienie na wojewódzkich targach nabiału. Pięć lat później rozbudowana dojrzewalnia pozwoliła potroić produkcję — bez utraty zagrodowego charakteru, na czym Annie zależało najbardziej. „Mogłabym robić więcej i taniej. Ale wtedy to już nie byłby mój ser".
Na pytanie, co poradziłaby kobietom, które chcą postawić na swoje wbrew otoczeniu, odpowiada bez wahania: zacząć od małej partii i nie słuchać tych, którzy sami nigdy niczego nie zaczęli. „Najwięcej odradzali mi ci, którzy nigdy nie zrobili ani jednego sera" — mówi z uśmiechem, krojąc nam na pożegnanie plaster prosto z dojrzewalni.




