Do Pasieki pod Lasem dojeżdża się polną drogą, która urywa się tam, gdzie zaczyna się las nad Wieprzem. Jan czeka przy bramie w białym kapeluszu pszczelarskim, choć — jak zaraz przyzna — zakłada go głównie dla gości. „Moje pszczoły mnie znają. To ja jestem tu od czterdziestu lat, a niektóre rodziny pszczele pamiętają jeszcze mojego ojca" — śmieje się.
Pasiekę założył w 1961 roku jego ojciec, Stanisław, od sześciu rodzin pszczelich ustawionych na skraju lasu. Dziś uli jest kilkadziesiąt, a miód z Wólki trafia na stoły w całym województwie. Jan oprowadza nas między ulami spokojnym krokiem człowieka, który wie, że w pasiece nie ma się dokąd spieszyć.
Czego nie widać w słoiku
Kiedy pytam, co odróżnia jego miód od tego ze sklepowej półki, Jan długo milczy. „Czas" — mówi w końcu. — „My nie wirujemy miodu, dopóki pszczoły same go nie zasklepią. Czasem to tydzień dłużej, czasem dwa. Ale wtedy wiadomo, że jest dojrzały".
Dobry miód się nie spieszy — pszczoły same wiedzą, kiedy jest gotowy.
Od kilku lat w pasiece pracuje też wnuczka Anna, która uruchomiła produkcję tradycyjnych miodów pitnych. „Ona ma głowę do nowych rzeczy, ja mam ręce do starych" — podsumowuje Jan ten podział obowiązków. Trzecie pokolenie wniosło do gospodarstwa certyfikat ekologiczny i sprzedaż przez internet, ale rytm pracy wyznaczają wciąż pszczoły i pogoda.
Na pożegnanie dostajemy słoik lipowego z tegorocznego, pierwszego miodobrania. Jan odprowadza nas do bramy i jeszcze raz powtarza zdanie, które mogłoby wisieć nad wejściem do pasieki: w tym fachu cierpliwość jest jedynym składnikiem, którego nie da się niczym zastąpić.





